Czeskie fundusze VC często są tylko pasażerami na gapę – mówi Kamil Levinský z Jet Ventures
To może być venture capital, ale fundusz ma DNA private equity. Według Kamila Levinskiego właśnie to daje Jet Ventures przewagę.
.jpg)
W czeskim środowisku biznesowym nazwa Jet Investment od dawna oznacza jedno: uznany fundusz private equity miliardera Igora Faita, zaliczanego przez „Forbesa” do najbogatszych osób w kraju. Po uruchomieniu trzech funduszy o wartości niemal 12 mld CZK – i z czwartym w przygotowaniu – grupa uznała jednak, że czas wejść do nowej dyscypliny: venture capital.
Fundusz Jet Ventures, kierowany przez Kamila Levinskiego, ma na celu zebranie 1,25 miliarda koron i obecnie jest już prawie w całości zasilony. Pojedyncze inwestycje mają wynosić od 1 mln do 2,5 mln euro.
– Wierzymy, że możemy zbudować portfel, który nie musi składać się z trzydziestu spółek” – mówi Levinský, którego droga do venture capital zaczęła się od jego własnych prywatnych inwestycji.
Były CEO České Radiokomunikace zaczął budować prywatny portfel inwestycyjny po odejściu z funkcji menedżerskich.
– Na początku zrozumiałem, że życie nie polega tylko na pracy – mówi Levinský. – Miałem klauzulę o zakazie konkurencji, właśnie urodził mi się drugi syn i po raz pierwszy naprawdę zwolniłem tempo i zacząłem cieszyć się życiem. Mój starszy syn prawie mnie nie znał. Miałem finansowy bufor na rok i pierwszy raz w życiu zrobiłem sobie cały rok przerwy.
Spotykamy się w jednym z salonów STAGES HOTEL Prague, podczas gdy za zamkniętymi drzwiami toczy się wydarzenie networkingowe dla inwestorów. Jet Ventures prezentuje swoje spółki portfelowe obecnym inwestorom, jednocześnie zabiegając o nowych – co stało się jednym z głównych zadań Levinskiego.
W trakcie swojej kariery w telekomunikacji Levinský pracował w finansach, marketingu i sprzedaży. W czasie pracy w Eurotelu zdał wszystkie trzy egzaminy CFA – zyskał kwalifikacje, z których rzadko korzystał na wysokich stanowiskach menedżerskich, wracając do nich dopiero później jako prywatny inwestor.
Zaczął od obligacji, potem przeszedł do akcji, private equity i – jak wielu zamożnych Czechów – nieruchomości. Ostatecznie jednak całkowicie stracił zainteresowanie tym segmentem.
– Wielu Czechów popełnia ten sam błąd: przecenia wartość cegieł i betonu” – mówi. – Zrozumiałem, że po prostu mnie to nie cieszy. Przesunąłem swój portfel w stronę aktywów o wyższym ryzyku i stopniowo wychodziłem z nieruchomości. Z sukcesem inwestowałem też w wino i sztukę.
W końcu trafił do venture capital – i natychmiast się w nim zakochał.
– Nie miałem kapitału na duże inwestycje, więc działałem jako anioł biznesu, zwykle wystawiając czeki do 100 tys. Euro – mówi Levinský. – Odkryłem, że absolutnie to uwielbiam. Nie była to największa część mojego portfela, ale zdecydowanie najbardziej ekscytująca.
Jednocześnie zaczął coraz krytyczniej patrzeć na sposób działania wielu funduszy VC.





