Opinia: Czescy inwestorzy maja obsesję na punkcie nieruchomości; startupy walczą o przetrwanie lub przenoszą się za granicę
Obiecujące startupy często opuszczają Czechy i przenoszą się na rynki zagraniczne. Dlaczego? Krajowi inwestorzy mają obsesję na punkcie nieruchomości, boją się inwestować w startupy – pisze Kamil Levinský, partner zarządzający w Jet Ventures.

Czeska scena startupowa nie wypada źle na tle międzynarodowym. Mamy utalentowanych programistów, nie pozostajemy w tyle technologicznie, a liczba młodych firm powstających w kraju jest solidna. Jednak gdy dochodzimy do najważniejszego etapu – zdolności do faktycznej komercjalizacji, skalowania oraz długoterminowego finansowania pomysłów, nasza pozycja w rankingach szybko słabnie. Nie dlatego, że w Czechach brakuje pieniędzy, lecz dlatego, że płyną one gdzie indziej.
Nie jest to wyłącznie problem Czech, to raczej szerszy problem europejski. Izrael, kraj wielkości Moraw, ma drugi najsilniejszy ekosystem startupowy na świecie dzięki odwadze swoich inwestorów oraz więcej technologicznych jednorożców niż cała Europa Środkowa razem wzięta. Podczas gdy typowa inwestycja serii A w Stanach Zjednoczonych wynosi od 10 do 20 milionów dolarów, w Europie jest to zaledwie połowa tej kwoty. W rundzie serii B amerykańskie firmy operują wolumenami dwa i pół razy większymi. Taka różnica nie jest kosmetyczna, ona przesądza o tym, kto zostanie liderem, a kto pozostanie jedynie z pomysłem bez wartości komercyjnej.
Tymczasem czeskie myślenie inwestycyjne od lat skupione jest na nieruchomościach. Fundusze emerytalne i instytucjonalne trzymają się sprawdzonych, ostrożnych strategii, jakby rewolucja technologiczna zachodziła gdzieś indziej. Tymczasem dziś to ona nadaje tempo dosłownie wszędzie. Sztuczna inteligencja stała się najszybciej wdrażaną technologią w historii i w nadchodzących latach będzie fundamentem większości innowacji. Czeskie startupy dobrze to rozumieją i wykorzystują tę falę. Obok AI rozwijają się one w obszarach takich jak fintech, healthtech, oprogramowanie i usługi oparte na danych. Nie mamy problemu z brakiem pomysłów.
Przeszkody leżą gdzie indziej. Potwierdziło to ubiegłoroczne badanie przygotowane dla stowarzyszenia startupowego, Ministerstwa Przemysłu i Handlu oraz CzechInvest. Wciąż powracają dwie główne bariery: wysokie obciążenia administracyjne i podatkowe oraz mało elastyczne warunki zatrudniania talentów z jednej strony, a z drugiej niedobór kapitału potrzebnego do wzrostu. Pierwszy problem może rozwiązać państwo. Drugi zależy od postawy inwestorów. Sześć na dziesięć startupów wskazuje dostęp do kapitału jako poważny problem. Jako problemy wskazują też słabo rozwinięty rynek venture capital, niską skłonność do ryzyka oraz znacząco niższe kwoty inwestycyjne niż te występujące w dojrzałych ekosystemach startupowych.
Rezultat? Jedna trzecia startupów już opuściła kraj lub poważnie rozważa przeniesienie się za granicę, a inne młode firmy są otwarte na taką możliwość. Nie dlatego, że chcą wyjechać. Lecz dlatego, że gdy firma wychodzi poza początkową, lokalną fazę i chce się rozwijać, często nie ma się do kogo zwrócić na miejscu. Po prostu nie jest w stanie znaleźć tu kapitału potrzebnego do dalszego wzrostu.
A jednak jest to możliwe. Konkretnych przykładów nie brakuje. Zastrzyk kapitału venture pomógł czeskiemu startupowi Partory, który obecnie rozwija wykorzystanie sztucznej inteligencji w zakupach przemysłowych i wchodzi na zagraniczne rynki.
Na zakończenie chciałbym rzucić wyzwanie. Jeśli czeskie startupy mają pozostać w kraju i rozwijać się w globalnych graczy, potrzebują czegoś więcej niż pochwał. Potrzebują odwagi inwestorów, by przełamać dotychczasowe schematy, wyjść z cienia tradycyjnych projektów i uznać venture capital za naturalną część nowoczesnego portfela inwestycyjnego. Tak, to bardziej ryzykowne. Ale bez ryzyka nigdy nie będziemy niczym więcej niż montownią. Świat poszedł naprzód, a czeski kapitał powinien podążać razem z nim.





